;

Dziś urodziny Jay Dee

Dziś urodziny Jay Dee. Od 10 lutego 2006 roku, jakoś zawsze przechodzę ten okres tak samo, z pewnością nie tylko ja, bo jest nas wielu. Dlatego nazywamy luty "Dilla Month". Jest to okres wzmożonego wspominania jednego z najważniejszych rozdziałów muzyki naszego pokolenia. Znam niewiele osób z mojego bliskiego otoczenia, które nie obcowałyby z muzyką J Dilla. Tyle okresów, tyle styli, tyle ponadczasowych numerów. Dla mnie, Jay Dee = Hip Hop. Zajrzałem dziś do mojej archiwalnej skrzynki z tekstami, które mają blisko 6 lat. Poniżej zamieszczam nie zmieniony tekst który ukończyłem 16-tego lutego 2006 roku, niecały tydzień po śmierci Jay'a. Dziękuje Piotrkowi Rudzińskiemu, że to właśnie mi przypadła szansa pozostawienia śladu o Jamesie w ostatnim papierowym czasopiśmie hip-hopowym w Polsce. Oto jak to wtedy wyglądało z mojej perspektywy.

NUMER 36 Marzec 2006

Początkowo ten artykuł miał się ukazać w zupełnie innej formie. Otóż 7 Lutego miała miejsce premiera instrumentalnego albumu J Dilla pt. „Donuts”. Tego samego dnia James Yancey obchodził swoje 32 urodziny. Z tej okazji chcieliśmy zaprezentować przekrój dotychczasowych dokonań tego legendarnego producenta i rapera. Niestety trzy dni później, 10 Lutego, rankiem (około 8 godziny) Jay Dee zmarł w jednym ze szpitali w Los Angeles. Dlatego postanowiliśmy zmienić nieco charakter tego felietonu. Nie będziemy skupiać się na dokładnych notkach biograficznych, gdyż te bardzo dobrze opracowane znajdziecie w Leksykonie „Bity, Rymy, Życie” (Radek Miszczak, Andrzej Cała), do którego mogę was w tym momencie spokojnie odesłać. Spróbuję się skupić na chorobowych okolicznościach oraz na tych dokonaniach James’a które, sprawiły że zapamiętamy go do końca naszych dni – jako jednego z największych kreatorów hiphopowego brzmienia.

Zanim przejdziemy do muzyki – wyjaśnijmy, co takiego działo się ze zdrowiem producenta z Detroit. Jay miał przewlekłe problemy zdrowotne już od 3-ech lat. Jakiś czas temu (pod koniec 2004 roku), bodajże na okayplayer.com Questlove (The Roots) ogłosił że Jay leży w szpitalu w śpiączce. Później pojawiły się plotki o śmierci artysty. W wywiadzie dla magazynu XXL, Dilla opowiada: „[…] Były plotki o tym że Jay Dee nie żyje itp. Ale tylko byłem w szpitalu przez dwa miesiące. Byłem na oddziale intensywnej terapii, to było szalone […] Pojechałem za granice na dwa tygodnie i jadłem byle co. Od razu jak wróciłem zachorowałem na grypę, czy coś w tym stylu. Musiałem jechać do szpitala na kontrolę. Wtedy lekarze odkryli że mam pękniętą nerkę. Poza tym jadłem niewłaściwie rzeczy. To wszystko doprowadziło do tego że znalazłem się w szpitalu.”.
Następnie ludźmi wstrząsnęły zdjęcia z europejskiej trasy, na których Dilla jest bardzo wychudzony i jeździ na wózku inwalidzkim. Niecały rok później… J Dilla odszedł na zawsze. Krąży kilka wersji, które mówią o tym co jest oficjalnym powodem śmierci Jay Dee. Według pierwszej, James zmarł z powodu niewydolności nerek – i ta informacja przeważa w większości mediów. Druga na którą się natknąłem, sugerowała chorobę szpiku kostnego. Trzecia, pojawiła się na stonesthrow.com i informuje o tym iż J Dilla cierpiał na nieuleczalną chorobę krwi. Być może nieścisłości wynikają z różnych tłumaczeń medycznych terminów, lub też z postępującej choroby którą tylko zapoczątkowały problemy z nerkami.

Jay Dee pracował z bardzo wieloma artystami, oprócz tego na niejednego pozytywnie wpłynął. Krótko po podaniu tej smutnej wiadomości, na stronach internetowych wielu ludzi zaczęły pojawiać się kondolencje. Oto niektóre z nich: „R.I.P dla najgroźniejszego producenta z Detroit który odszedł dziś rano. Naprawdę cierpię z tego powodu jak wielu innych.” Inspirował bardzo wielu w tej grze, nawet takich kotów jak Pete Rock, RZA czy Madlib. „Wiedziałem że pewnego dnia spotkamy się i zrobimy coś razem. Teraz to już tylko sen. Nigdy Cię nie zapomnimy, będziemy nieśli pochodnię dalej. Moje serce jest teraz ciężkie. Jedna Miłość!” – napisał najgłośniejszy debiutant 2005 roku Jneiro Jarel. „Prawdziwy wojownik i jeden z najgorętszych producentów na świecie… spoczywaj w pokoju przyjacielu… już nie jesteś chory.” – Dj Premier. Na dowód szacunku Questlove wypisał 50 numerów Jay’a które wpłynęły na jego życie i karierę. Wielu z Was już pewnie wie, ale dodam że inspirował się nim też Pharrel Williams. Gdy zapytano go o to – kto dla niego jest najlepszym hip hopowym producentem na świecie – odpowiedział: „Możecie nie znać jego ksywki, J Dilla, Jay Dee z Detroit.”. Wynika z tego dość istotny fakt… James Yancey, miał wielu przyjaciół… a co ważniejsze doceniali go też ludzie z którymi nigdy nie pracował, a nawet tacy których nigdy nie spotkał. Trzeba być artystą naprawdę wielkiej klasy żeby zyskać tak ogromny szacunek. Myślę że minie trochę czasu zanim ludzie przyzwyczają się do życia z myślą, że Dilla nie żyje.

James’a można z pewnością zapamiętać jako pracoholika. Jego talent był pielęgnowany od bardzo dawna, pierwsze producenckie kroki stawiał pod okiem Amp Fiddler’a. Pewnie każdy z Was pamięta debiut zespołu Slum Village i ich klasyczny album „Fantastic, Vol. II” – jego brzmienie to większości zasługa Jay Dee. Oprócz współpracy z kumplami z Detroit (która w pewnym momencie się rozpadła) J Dilla, pracował nad swoimi własnymi płytami. Niezwykle ważna pozycją w kolekcji każdego słuchacza jest „Welcome 2 Detroit”. Ambitniejsi kolekcjonerzy płyt winylowych, powinni sięgnąć po 12” z bardzo charakterystycznym tytułem „Fuck The Police” – to absolutny banger. Ale, jak wspomniałem wcześniej współpracował z ogromną liczbą muzyków. Wielu specjalistów wyróżnia go za udział grupie producenckiej The Ummah (Jay Dee + Q-Tip + Ali Shaheed Muhammad) z którą wyprodukował tak smaczne rzeczy jak: „Beats, Rhymes And Life” A Tribe Called Quest, czy też tłusty singiel „Find A Way” z ich ostatniej płyty „The Love Movement". Kilka naprawdę fajnych podkładów wydali takim grupom jak Bush Babees, czy raperowi Busta Rhymes’owi. Równie wiele godzin spędził sam podczas produkowania muzyki. Jego dokonania były docenione szczególnie na takich płytach jak: "Labcabincalifornia" grupy The Pharcyde (dowodem na majstersztyk może być chociażby kawałek pt. „Bullshit”), 12” De La Soul - "Stakes Is High" – to też jego dzieło. Oprócz tego „maczał palce” przy solowych płytach Q-Tip’a i Phife Dawg’a. Wiele albumów na które robił bity nosi dziś miano klasyków – tutaj można śmiało wymienić Common’a i Erykę Badu. Oprócz wielu kolaboracji które przyniosły mu uznanie już w latach 90-tych, warto zwrócić uwagę na to z kim działał całkiem niedawno. Po pierwsze – Madlib ( jako duet Jaylib), Po drugie Frank-N-Dank (produkcja całego albumu „48 hrs” oraz kilku numerów na „Xtended Play”). Po trzecie współpraca z Wale Oyejide, Platinium Pied Pipers, Dwele oraz Steve’em Spacek’iem. Do czego zmierzam? Wymieniając tych wszystkich, jakże różnych i znakomitych wykonawców – miałem na celu wykazać, jak na wielu płaszczyznach potrafił poruszać się J Dilla. Był mistrzem w mieszaniu gatunków, gdy chciał potrafił zrobić bounce – po czym zaprogramować zakręcony zajazzowany joint, lub funkowo-soulową bombę. Gdy ten klimat mu się znudził łapał się kolaboracji z człowiekiem który opiera swoją muzykę na afrobeat’cie. Potrafił też odnaleźć się w bardziej nowoczesnym - elektronicznym brzmieniu. A gdy neo-soulowy artysta potrzebował jego pomocy przy płycie, Jay Dee był na miejscu. Oprócz tego zostawiał świetne zwrotki na płytach wielu wokalistów. Produkował nawet gdy leżał w szpitalu. Na pewno kochał to co robił, muzyka była całym jego życiem. Zdarzyło mu się nawet wytworzyć muzykę dla nieco bardziej mainstreamowych Macy Gray czy Janet Jackson – mimo to pozostał w cieniu, nigdy nie chcąc być w świetle reflektorów. Był na to za skromny…

W tym roku zdążył nas tylko poczęstować pączkami. Z początku były tłuste i słodkie – jak to pączki. Jednak po śmierci Jay Dee, płyta „Donuts” – dodatkowo zyskała wymiaru metafizycznego dla wielu fanów – w tym dla mnie. Tworząc ten beat-tape, J Dilla pewnie wiedział, lub czuł podświadomie że jego choroba może mu nie pozwolić żyć dalej. Być może stąd taka a nie inna stylistyka w utworze pt. „Stop”? Można by gdybać… W każdym razie wydaje mi się że to wydawnictwo stanie się bardzo szybko pozycją klasyczną, o ile już nią nie jest.

Stones Throw podzieliło się z słuchaczami informacją, na temat płyt które zostały ukończone przed śmiercią James’a Yancey’a. Oprócz „Donuts” (2006) w tym roku powinny się pojawić takie krążki jak: „The Shining” (w wytwórni BBE) oraz „Jay Love Japan” (Operation Unknown). J Dilla zdążył też ukończyć podkłady na płyty dla takich artystów jak: Madlib, Busta Rhymes, Ghostface Killah, A.G., Visionaries, Truth Hurts, Phat Kat, MF DOOM, Skillz, oraz Frank-N-Dank. Z pewnością jest na co czekać. Jay – spoczywaj w pokoju!

A wracając do 38-mych urodzin Jay Dee, dokładnie rok temu pojawił się 40-sto minutowy film dokumentalny pt. "J Dilla: Still Shining", który można za darmo zobaczyć na Vimeo. Czy jest coś lepszego do roboty w urodzinowy wieczór Jay Dee?

 

Sebol